Galahad - Classic Rock Live
1996 Avalon Records / Prog Rock
Music 

Nie ma w tym materiale absolutnie żadnych studyjnych dogrywek. Wszystkie pomyłki są prawdziwe tak jak publiczność. - możemy przeczytać we wkładce do tego wydawnictwa. I rzeczywiście. Dostajemy niepowtarzalną możliwość wysłuchania całkowicie spontanicznego koncertu z wszystkimi nierówno zagranymi sekwencjami skomplikowanych rytmów, czy wkradającym się od czasu do czasu fałszem w głosie wokalisty. Nie można również oprzeć się wrażeniu, że utwory, zwłaszcza te z ostatniego albumu są zagrane gorzej od swoich studyjnych pierwowzorów. W wersji koncertowej brzmią płycej, na co mały na pewno wpływ mniejsze możliwości akustyczne roterdamskiej sali w porównaniu do profesjonalnego studia.

Galahad istniejący od 1985 r. jest jedną z wielu brytyjskich grup, które zafascynowane art. rockiem lat 70. wybrały drogę bynajmniej nie usłaną różami. Z góry skazane na niepowodzenie komercyjne zdecydowały się wykonywać muzykę, która wedle wielu, skończyła się 20 lat temu, w okresie boomu punka. Oskarżana o wtórność, zresztą nie bez podstaw, powoli pnie się w górę (raczej umiejętnościami, niż popularnością). Ich ostatnia płyta "Sleepers" jest zdecydowanie najlepsza. Być może jest to częściowo efektem producenta płyty Tonego Arnolda, znanego ze współpracy z Robertem Frippem. Nie słychać na niej już tak oczywistych zapożyczeń z Genesis, Marillion czy Twelfth Night.

Niestety repertuar płyty "Classic Rock Live" stanowią w większości stare utwory Galahad, które, szczerze mówiąc nie są perfekcyjne. Więcej w nich symfonicznej pompatyczności niż polotu. Mimo częstych zmian rytmu można oskarżyć je o monotonność. Bronią się jedynie 11-minutowy "Ghost Of Durtal" z urzekającym dialogiem syntezatorów z gitarą w środkowej części i "Richelieus Prayer". Utwory z ostatniej płyty wypadają znacznie korzystniej. Niestety są tu tylko dwa takie (Sleepers i Live And Learn).

Czasem zastanawiam się jaki jest sens wykonywania tak nastrojowych utworów na koncercie. Winny być one słuchane w zaciszu domowym przy przygaszonych światłach. Mowa w nich bowiem o śmierci, duchach, ogólnie o ciemnych stronach naszego życia. Stojąc w ścisku trudno skupić się na słuchaniu tak intelektualnej muzyki. Ale przecież słuchając tego koncerty z kasety lub z płyty wcale nie musimy stać w ścisku.

Na koniec jeszcze jedna krytyczna uwaga. Oklaski sprawiają wrażenie jakby były dograne, w trakcie utworów praktycznie nie słychać widowni. Szczerze mówiąc nie dziwię się takim reakcjom publiczności. Albowiem wtopieni w labirynty dźwiękowych pasaży, zakamarki tej lawiny dźwięków z trudem otrząsamy się z kontemplacji, by wypełnić ciszę między utworami. Może wiec lepiej sięgnąć po ostatni studyjny krążek tej formacji? Oczywiście jeśli ktoś lubi rock symfoniczny.