Cokolwiek Gong znaczy dla ciebie jest wielce prawdopodobne, że znaczy on coś całkiem przeciwnego dla kogoś innego
Daevid Allen
Z relacji Ziemian, którzy mieli kontakt z niezidentyfikowanymi obiektami latającymi, niemalże zawsze wynika, że istoty pozaziemskie próbowały przejąć nad nimi kontrolę (czasem ze skutkiem), porwały ich, lub nawet próbowały zlikwidować niewinne ludzkie istnienie. W najlepszym wypadku wymazały w jakiejś podejrzanej galarecie, po której oczywiście nie pozostało śladu. W przytłaczającej większości wypadków są to zielone potworki, od których zionie kosmiczną nieprzystępnością i powagą.
Tymczasem mało kto wie o istnieniu wiecznie zielonej Planety Gong, z której pochodzą dobrze uśmiglone dzbankogłowe pixy (Pot Head Pixies). Poruszają się one w Latających Imbrykach (Flying Teapots) i porozumiewają się z wybranymi Ziemianami przez telepatyczną miedzymózgową sieć o pozagnomowej częstotliwości zwanej Niewidzialne Radio Gnom (Radio Gnome Invisible).
Jednym ze szczęśliwców,
który dostąpił zaszczytu uczestniczenia w tej misji był Daevid Allen, z
pochodzenia Australijczyk. Człowiek ten znalazł się w najwcześniejszym
składzie Soft Machine (1966). Poza tym współpracował z takimi sławami,
jak Jimi Hendrix, John Lennon i Yoko Ono, czy Mike Oldfield. Wcześniej,
mieszkając jeszcze w Australii, stał się pionierem "Poezji Beatu" (Beat
Poetry) w Melbourne późnych lat 50. Był też pomocny w adaptacji wyżej wymienionych
zjawisk na grunt brytyjski na początku lat 60.
Kolejnym ambasadorem Planety Gong na Ziemi została poetka Gilli Smyth, pochodzenia francuska, jedna z bohaterek walki o dokonanie "rewolucji seksualnej".
Tych dwoje ludzi spotkało się w końcu lat 60. we Francji i jak się okazało mieli one podobne duchowe wizje i cele, pasję dla poezji i absurdalne poczucie humoru oraz pragnienie, by wyeliminować wszelkie ograniczenia w życiu i sztuce.
Wróćmy jeszcze na chwilę do krótkiej bytności Allena w Soft Machine. Po nagraniu z nią zaledwie jednego singila, został on mistycznie uprzedzony przez Matkę Planetę Gong przy pomocy Niewidzialnego Radia Gnom. Objawilo się to poprzez zastrzeżenia celnikow do jego osoby podczas próby przekroczenia granicy brytyjskiej po zakończonym tourne z Soft Machine we Francji. Wrócony na kontynent Allen stworzył grupę Gong i wraz z resztą towarzyszących mu muzyków stał się Doktorem Oktawą (Octave Doctor). Ich zadaniem na ziemskim padole, było przygotowanie tych wszystkich, którzy słuchając ich muzyki szykują się na rok 2032, rok wielu Pot Head Pixies, które przybędą, by pomoc rozpowszechniać radość w nowych czasach.
Tak w wielkim skrócie przedstawia się zawartość tekstowa płyty "Flying Teapot" pierwszej części trylogii o ogólnym tytule "Radio Gnome Invisible".
Ten szczególny okres w dziejach grupy, kiedy powstał ów tryptyk nie jest przeznaczony dla wszystkich i wcale nie miał takim być. Został stworzony dla tych, których wyobraźnia może wniknąć w najmniejszy kwark wszechświata lub obserwować o
bez używania lornetki (natomiast dozwolene jest używanie innych środków pobudzających wzrok w odpowiednim kierunku). Jeśli twoja wyobraźnia potrafi to wszystko objąć, musisz usłyszeć tą grupę.
Pierwszy raz z grupą Gong zetknąłem się w "bardzo" nocnej audycji radiowej (nieistniejącej już) Rock Malowany Fantazją Piotra Kosińskigo). Wrażenie było piorunujące. Nigdy przedtem nie słyszałem czegoś choć w części tak dziwnego! Ich podejście do muzyki i tekstów było można rzec kabaretowe. Zarazem wiele w niej było kosmosu. Dźwięki dające wrażenie podróży po "bezdrożach" wszechświata. Nie było to więc granie kabaretowe z całym tym jarmarcznym szumem, ale ostatnim, o co można było tę grupę oskarżyć to pompatyczność. Taki styl grania pozwalał znawcom umiejscowić Gong zarówno w muzycznej awangardzie, jak i też w rocku progresywnym. W twórczości Gongu można doszukać się Franka Zappy i, z zupełnie innej parafii, Hawkwind. Próby zaszufladkowania Gongu w którymś z istniejących stylów muzycznych dawały dość zaskakujące efekty (psychedelic/space rock/hippy-drippy). Mimo, że był o to oskarżany, z wykonawcami kręgu prog-rocka Gong tak naprawdę miał niewiele wspólnego. Allen i Smyth chcąc uniknąć pretensjonalności i pseudofilozoficzności tekstów rodem z np. Kansas (nie stanu, a grupy oczywiście), nafaszerowali swoje teksty czymś, co niewtajemniczonym wydawało się stekiem (czemu nie kotletem?) bzdur. Jak jednak twierdzą niewzruszenie gongolodzy w tych pozornie głupich tekstach kryje się głębszy sens. Trzeba go się tylko doszukać i odfiltrować od całej masy "dziwności".
Płyta
"Flying Teapot" z roku 1973 rozpoczyna się od przetworzonego głosu Allena, który
brzmi jakby miał on pełne usta wody i mimo tej niedogodności próbował nam coś
przekazać. Później dołączają kolejne instrumenty: gitara, space whisper, czyli
wokalizy Gilli Smyth, perkusja, klawisze i w końcu saksofon, a głos wokalisty
normalnieje, na ile tylko pozwalają mu na to dogmaty Gongu. Swoistymi przerywnikami
pomiędzy "cyrkową" atmosferą poszczególnych utworów są fragmenty bardziej medytacyjne,
rzec można oniryczne, oparte na brzmieniach syntezatorowych z ewentualnie dodaną
space'owo przetworzoną gitarą elektryczną. Często zawierają one w sobie odniesienia
do muzyki Wschodu. Nieprzypadkowo zresztą, albowiem Allen niejednokrotnie zdradzał
swe zainteresowanie filozofią tamtych stron. Wydatnym tego przykładem jest fakt,
że pierwszy Pot Head Pixie na Ziemi nawiązał połączenie telepatyczne właśnie
z mieszkańcami Tybetu. Owe fragmenty orientalno - medytacyjne mają za zadanie
wprowadzić słuchacza w odpowiedni stan, rodzaj kontemplacji (jeżeli słuchacz
sam wcześniej tego nie uczynił, przy wydatnej pomocy halucynogenów, podobnie
jak większość słuchaczy Gong w latach 70.). Takie
posiada introdukcja do utworu tytułowego Flying Teapot. Dalej poprzez z wolna wyłaniającą się z space'u frazy basu lądujemy na ziemię, by zapoznać się bliżej z pojęciem latających imbryków. Gdy już je "obejrzymy", poznajemy ich kierowców w utworze Pot Head Pixies. Allen instruuje nas o fakcie, że Pot Head Pixies nie muszą łapać taksówki bo przecież mają swoje imbryki. Początek tego utworu to genialny popis jak ze jazzowego bałaganu pełnego dziwnych jęków i perkusyjnych uderzeń o różne przedmioty może się wyłonić niemalże niezauważalnie uporządkowany rytm i w końcu cała piosenka. Znów następuje kosmiczny przerywnik, tym razem z apostrofą Zera Bohatera do jednego z dzbankogłowych. Jest to sytuacja niebezpieczna zarówno dla dznakogłowego, jak i też dla założeń Gongu (ze względu na wzniosłość formy). Ten drugi problem zostaje przezwyciężony już za chwilę, bowiem patetyczność szybko przeradza się w jazzowo - dancingowe szaleństwo z solem saksofonu i cała wzniosłość czmycha daleko, ku ciemnym kątom wszechświata. Teraz pojawia się najpiękniejsza kosmiczna faza. Występują w niej już odważnie wszystkie instrumenty, więc nie jest ona już tak kontemplacyjna, ale fantastycznie porywająca. Syntezatory i gitary hipnotyzująco wirują pomiędzy głośnikami, a nieprawdopodobne parę fraz klawiszy pod koniec dodaje jej niesamowitości. I znów niespodziewane przejście do kolejnego utworu pod dwuznacznym tytułem: "I'm Your Pussy", czyli duet Gilli i Daevida, którzy nota bene około 1974 roku pobrali się. Ona występuje tu w roli czarodziejki Yoni, on jako Bohater Zero. Zaznaczyć przy tym trzeba, że śpiew Daevida Allena jest szalenie pogodny zarówno w tym utworze, jak i na całej płycie. Wynika to przede wszystkim z faktu barwy głosu Allena, która na pewno nie nadawałaby się do pieśni żałobnych.
Po ukończeniu "Flying Teapot" w obozie Gongu nie wszystko szło, jak powinno. Allen i Smyth opuścili szeregi grupy. Od marca do kwietnia 1973 roku reszta grupy (Tim Blake, Steve Hillage, Mike Howlett, Didier Malherbe i nowy perkusita, francuz Pierre Moerlen) koncertowała w Europie jako Paragong. W tym czasie muzyka grupy zaczęła się zmieniać, by stać się bardziej uporządkowaną. Szczególnie Hillage i Moerlen wzmocnili swoją władzę nad kierunkiem poczynań muzycznych zespołu. W rezultacie utwory stały się bardziej rozimprowizowane, na niekorzyść allenowskiej spontaniczności.
Latem '73 Daevid
i Gilli znów pojawili się w Gong i grupa przystąpiła do nagrywania nowej płyty.
Efektem tego był album "Angel's Egg". Płyta ta okazała się znacznie bardziej
profesjonalna dzięki wciąż rosnącym umiejętnościom muzyków. Podobnie jak na
"Flying Teapot" grupa nie poddała się swej dążności do obalania wszystkiego
co zbyt poważne. Ukoronowaniem tych starań był utwór Givin My Luv To You
zaśpiewany a'capella głosami jakby dochodzącymi z jakiejś
do której wpadła grupa na mały rekonesans.
Tym razem na polu komponowania muzyki Allen stracił swą dominację. Ważną rolę jako twórca zajął saksofonista Didier Malherbe, mający już za sobą niemałe doświadczenie na scenie muzycznej, Hillage, który swą gitarą dodawał muzyce jeszcze więcej głębi, jak również Moerlen. Temu ostatniemu, w odróżnieniu od nastawionej na budowanie klimatu reszty, zależało bardziej na pokazaniu wirtuozerskiej strony grupy.
W sumie muzycy zaoferowali słuchaczowi utwory złożone z ambientowo - space'owej tkanki, obficie polanej rockowym sosem. Głównym elementem nadającym muzyce właśnie taki charakter było mistrzowskie zazębianie się instrumentów dwóch członków grupy, którzy już na dobrze zdążyli sie w niej zaaklimatyzować: Steve'a Hillage'a i Tima Blake'a, których glissandowa gitara i syntezator dostarczały pogodnie mantryczną kotarę dla eklektycznych paternów i ciągnących się kod saksofonu Malherbe'a. Rytm był mocny i zwarty, dzięki sprawnej jak nigdy dotąd sekcji rytmicznej: Mike'owi Howlett'wi (bas) i Pierr Moerlenowi (bębny), dającej eterycznej poezji Allen'a and Smyth znakomicie dopasowany podkład (jakkolwiek nie można nazywać tego tylko podkładem).
Koncerty Gongu w tym czasie stały się również o wiele bardziej profesjonalne. Na żywo Gong wypadał, wedle niektórych, nawet lepiej niż w studiu, między innymi dzięki zastosowaniu laserów (po raz pierwszy w rocku). Również ubiory szokowały swoją niezwykłością, jak na przykład
mające upodobnić poszczególnych muzyków do ich mitologicznych odpowiedników z trylogii. Wówczas Allen określał grupę jako "bardziej kobiecą wersję Hawkwind".
Wartym wspomnienia jest fakt, iż na kompaktowej reedycji znajduje się dodatkowy utwór: Ooby-Scooby Doomsday or the D'Day DJ's Got the D.D.T Blues. Ten "bonus track" jest w rzeczywistości utworem "obciętym" z longplaya koncertowego "Live etc." z powodu... ograniczeń objętościowych kompakt dysku. Dzięki temu pierwotnie podwójna płyta winylowa zamieniła się w jeden srebrny krążek. Dodatkowo możemy przeczytać we wkładce do płyty "Angel's Egg", że utwór ten był "Pomysłem Daevida na listę przebojów singlowych Top 40".
Na nieszczęście dla tej grupy utopijnych marzycieli i dewiantów nadchodził
czas zmian. W 1973 wytwórnia Virgin która do tej pory pobłażała ich obrazoburczości
i bezpośredniości, zaczęła lokować pieniądze w innej muzyce, zwłaszcza
po sukcesie Dzwonów Rurowych Mike'a Oldfield'a. Nieco później, wraz z postępująca
dekadą, nastąpiła era punk, która umieściła Gong w jednym worku z rockiem
progresywnym, z grupami takimi jak King Crimson, ELP itd. Tymczasem porażająca
większość fanów tych dwóch formacji nigdy nie stała i nie stanie się odbiorcami
jakże innej twórczości - muzyki Gong.
Nie wiadomo, czy ratując się spontanicznie, z czystej aprobaty dla
punka, grupa Gong miała juz wkrótce skierowac swe kroki właśnie w tym kierunku,
tracąc wiele ze swej hippisowskiej niewinności.
Zanim to jednak nastąpiło świat miał ujrzeć ukoronowanie tego co powstało
w wyobraźni Allena i przy pomocy jego przyjaciół stało się rzeczywistością:
Trzecia część Imbrykowej Trylogii.
Muzyka na ostatnią część trylogii "tworzyła się" latem 1973 r. i według Allena wszystko szło znakomicie. Ale już jesienią tego roku rzeczy zaczęły się komplikować. Jaka była tego przyczyna? W odróżnieniu od reszty, Daevid odrzucił narkotyki i próbował wyperswadować to samo posunięcie reszcie. Tymczasem zwłaszcza młodsi członkowie grupy byli tak gorliwi w swojej "konsumpcji", że na, do tej pory niezachwianej konstrukcji Gong, pojawiła się pierwsza rysa.
Mimo tak poważnych
problemów płyta "You" jednak ujrzała światło dzienne i, co więcej, okazała się
najbardziej wymyślnym i wysmakowanym osiągnięciem w dotychczasowej historii
Gong. Do tego dochodziła znacznie lepsza produkcja nadająca muzyce więcej subtelności,
tym samym ujmując drażniącej niektórych dawnej surowości. To, co jeszcze odróżniało
"You" od poprzednich płyt to większy wpływ reszty członków grupy. W szczególności
Hillage'a i Moerlena. Pierwszy, dzięki ciągotom ku muzyce bardziej skomplikowanej
osadził w kompozycjach
które znacznie wydłużyły czas trwania kompozycji i nadały im charakter bardziej medytacyjny. Pierre Moerlen natomiast, czy się to komuś podoba, czy nie, jako klasycznie grający perkusista zrobił porządek z, do tej pory, "rozbrykaną" warstwą rytmiczną.
Album "You" jest wedle wielu najwybitniejszym dziełem Gongu. Stanowi on ten fragment dyskografii, który lubiany jest zarówno przez wczesnych fanów, którzy lubili całkowicie zwariowany Gong z całkowicie zwariowanymi tekstami, jak i przez tych późniejszych - rozsmakowanych w rytmach bardziej z pogranicza acid jazzu i mainstream fusion, czyli tego, czego dokonał Gong z Pierr Moerlenem. Jest też biblią dla teórców nowoczesnej muzyki trans. Stała się tez punktem wyjściowym dla kierunku w jakim poszedł gotarzysta Gongu, Hillage. Na swoich płytach solowych bowiem Steve'owi udało się połączyć filozofię Gongu z nieco bardziej ułożoną wersją tego, czego współtwórcą był w grupie. Jest on też tym członkiem Gong, który jako jedyny tak wyraźnie zbliżył się do rocka progresywnego, co przysporzyło mu właśnie wielbicieli, którzy nie znali go z Gong. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że jest on najwybitniejszym gitarzystą tego nurtu. Rzeczywiście, bez wyrzutów sumienia można polecić jego trzy pierwsze płyty: "Fish Rising"(1975), "L"(1976), "Motivation Radio"(1977), a także płytę koncertową "Live Herald"(1979), będącą podsumowaniem najlepszego okresu twórczości Hillage'a. Zaczątki tego, co tworzyło zręby jego stylu w latach późniejszych odnajdujemy właśnie na "You". W szczególności space'owy, a jednocześnie ukazujący zdolności poszczególnych muzyków The Isle Of Everwhere. Mamy tu popisy instrumentalne na tle hipnotyzującego rymu perkusji i basu plus nowatorskie wykorzystanie syntezatorów, nie tak, by pokazać ich możliwości, lecz by przekazać jak
Ich barwa dźwięku przypomina nieco brzmienie z płyt Pink Floyd, szczególnie zaś "Wish You Were Here". Do tego dochodzi jeszcze patent Gilli, która swój głos używała jako instrumentu i nazwała go kosmiczny szept nadają kompozycjom mistycznego uniesienia. Sprinkling of Clouds rozpoczyna się hinduskim, medytacyjnym rytmem, by nagle wybuchnąć pod tytułowe obłoki. Ogólnie niemalże wszystkie utwory mają ten charakter, może za wyjątkiem trzech pierwszych fragmentów stanowiących rodzaj intra, które jednak nie przekraczają w sumie sześciu minut. Na koniec płyty następuje jeszcze coś w rodzaju przypomnienie głównych wątków muzycznych z poprzednich płyt, a potem temat przewodni warstwy tekstowej "You", którego sens można wyrazić w zdaniem kończącym płytę: GONG IS ONE AND ONE IS YOU. Zdanie to wyraża dążność Allena, a jednocześnie wielkie jego marzenie, by zlikwidować podział na słuchaczy i wykonawców, by, tak jak w anarchii, nie było podziału na rządzących i rządzonych.
Na koniec opisu tego szczególnego fragmentu dyskografii Gongu, wypadałoby zrobić krótkie podsumowanie, które traktowałoby o tych trzech longplayach jako całości.
Trylogia rozpatrywana jest jako rodzaj rock opery, choć w rzeczywistości taką nie jest. Znajduje ona bowiem wizualizację w naszych umysłach. Jednocześnie nie wymaga od słuchacza tak silnego zaangażowania wciągając go w zupełnie inny sposób. Mimo całej swojej lekkości między linijkami przemyca
tak, że jeśli tylko słuchacz pragnąłby odnaleźć w tym , czego słucha czegoś bardziej serio, rzeczywiście mogło mu się to udać. I tak dla przykładu Planeta Gong mogłaby być czymś w rodzaju Ziemi w przyszłości, na której ludzie nauczyli się żyć w pokoju i miłości itd. Zawiera się tu trochę filozofii "New Age". Rozwinięcie jej można bez trudu odnaleźć na solowych dokonaniach niemalże wszystkich członków Gong. Niektórzy nawet sugerują, że przemycana w tekstach filozofia wraz z muzycznym wkładem wokalu Gilli Smyth i syntezatorów Tim Blake'a w szczególności, wyznaczał prototyp tego, co później zostało nazwane właśnie muzyką New Age, czy, inaczej, muzyką nowej generacji. Lecz znów: nie jest to ten typ muzyki w pełnym tego słowa znaczeniu. Znacznie wykraczała ona poza ramy filozofii New Age, dzięki wielości źródeł z jakich czerpali jej twórcy. Zanurzała się w głębiny stylów tak różnorodnych jak jazz-rock (zapoczątkowany przez Soft Machine), muzykę Bliskiego Wschodu, jak również czerpała z tradycji amerykańskiego trójakordowego rock'n'rolla.
Wróćmy jednakże jeszcze na chwilę do roku '74. Wiosną tego roku na pamiętnym koncercie w Cheltenham Allen podjął decyzję, by odejść z Gong. Swój krok tłumaczył "niewidzialną mocą, która nie pozwalała mu poruszać się na scenie". Mimo, że tłumaczenie to zdaje się być zabawne, przyczyny odejścia należy szukać najprawdopodobniej we wcześniejszych poważnych wątpliwościach Allena a'propos grupy, czyli we wspomnianym wcześniej pogrążeniu części członków w nałogu narkotykowym.
Tak właśnie kończy się muzyczna część opowieści o karkołomnym dokonaniu, jakim było stworzenie mitologii, która w prosty sposób mogłaby zostać (i zresztą niejednokrotnie zostawała) wyśmiana. Jednak jak do tej pory zawsze znajduje się niemałe grono fascynatów, które wciąż kultywuje treści jakie przekazuje "Radio Gnome Invisible": pokój, miłość i zrozumienie. Czysta utopia? Czemu jednak nie oderwać się czasem od brudnej i ohydnej codzienności i nie zatopić się w czymś tak naturalnym w stosunku do wynaturzeń rzeczywistości?
Ps. Nie martwie się jednak zbytnio. Allen wciąż jest z Gongiem i po dziś dzień mozna go zobaczyć na koncertach, które mają miejsce na całej kuli ziemskiej. Kto wie, może sie na jednym z nich kiedyś spotkamy?...
Dyskografia:
Magick Brother, Mystic Sister, 1970 (Byg); Camembert Electrique,
1971 (Byg/Caroline); Continental Circus, 1971 (Philips); Radio Gnome Invisible
Part 1-Flying Teapot, 1973 (Virgin); Radio Gnome Invisible Part 2-Angel's Egg,
1973 (Virgin); Radio Gnome Invisible Part 3-You, 1974 (Virgin); Radio Gnome
Invisible Part 3-You, 1974 (Virgin); Shamal, 1976 (Virgin); Gazeuse!, 1977 (Virgin);
Gong Live Etc, 1977 (Virgin); Vive Gong/Gong est Mort, 1977 (Tapioca); Expresso
II, 1978 (Virgin); Floating Anarchy, 1978 (Charly); Downwind, 1979 (Arista);
Time is the Key, 1979 (Arista); Leave It Open, 1981 (Arista); Wingful of Eyes,
1987 (Virgin); The History and Mystery of the Planet Gong, 1989 (Demi-Monde);
Live au Bataclan '73 1990 (Mantra); Live at Sheffield '74 1990 (Mantra), Shapeshifter
1992 (Celluloid/Melodie), Camembert Eclectique 1994, 25th Birthday 1995, The
Family Jewels, 1998 (GAS), From Zero to Infinity, 2000 (Snapper Music)