Opis koncertu Gong z Berlina



Szczerze mówiąc do końca nie wierzyłem/ nie byłem pewien czy uda mi się zrealizować moje marzenie. Jedno z największych koncertowych marzeń, a właściwie to już największe, bo Genesis widziałem.

Nie możecie się więc dziwić, ze dostałem niekontrolowanego amoku. Pomysł był jednak trochę przerażający.

[W dniu wyjazdu załatwiałem wszystko w 25 minut przed odjazdem pociągu. O 10.00 kupiłem bilet, a potem: pobiegłem do bankomatu, który był zepsuty, pobiegłem więc na informacje dowiedzieć się gdzie jest inny najbliższy, biegiem do niego, po drodze kupując film do aparatu, po krótkim poszukiwaniu odnalazłem bankomat, który akurat znajdował się w remoncie, ale pan reperator obiecał zwrócić go Światu w ciągu 5 minut co mu się udało; od bankomatu do kantoru, gdzie precyzyjnie odmierzyłem sumę, żeby starczyło na mapę, która już po chwili nabyłem. W pociągu byłem 10:23.]

Podroż odbyła się w planowanym czasie.

Drogę do docelowego miejsca przebyłem na piechotę (wiadomo-taniej), wydatnie wspomagając się mapą. W niecałe 2h byłem na miejscu.

(W tym miejscu podkreślę jakim wielkim dobrodziejstwem jest Internet, dzięki któremu odnalazłem miejsce koncertu, łącznie ze zdjęciem budynku)

Klub wybrany na koncert Gongu to zabytek stylizowany (jak mi się wydaje) na budowle starożytną. Od razu za wejściem po schodach była bardzo fajna fontanienka, na górze dziedziniec (nie zadaszony) i obok dziedzińca hala (koncertowa).

No dobra, fajnie, ale gdzie są te tłumy, które pragną zobaczyć Allena w akcji?! Na godzinę przed koncertem nie było ani śladu wskazującego na to, ze koncert się odbędzie. Tylko w informatorze klubu odnalazlem w kalendarium notkę z data i nazwa Gong. Dobre i to.

Kiedy wróciłem z podroży po baterie do aparatu (lepiej później niż wcale, dobrze, ze się w porę zorientowałem o ich braku) usłyszałem "Master Builder" i to był pierwszy nauszny znak, ze Gong już tu jest!!

Miodzio na moje serce. Dodatkowo mogłem sobie poobserwować próbę przez szybkę, co dało mi masę niekłamanej radości. Wstęp do przeżycia niemalże mistycznego. Mój idol Allen raptem 5 metrów ode mnie za kruchym szkiełkiem (nie podjąłem się jednak jego sforsowania).

I od tej pory zaczął się cykl wydarzeń jak najbardziej magicznych, po których do tej pory (chwili pisania tego tekstu) ciężko mi dojść do siebie. Zauważyłem pierwszą (poza pewnym podstarzałym hipisem popijającym piwko) osobę poważniej zainteresowana koncertem. Chodził i węszył, aż w końcu podszedł do mnie i zagadał coś po niemiecku. A że z niemieckiego to mam w głowie jeden wielki brak, więc natychmiast odparłem, w bardziej stosownym języku, że ze mną to tylko po angielsku. Na to kolega odparł, ze on po angielsku i polsku. 'No to jesteśmy w domu' pomyślałem i rozpocząłem wygodna konwersacje w naszej ojczystej mowie. Gość okazał się wielkim fanem przede wszystkim Allena solo i wykazał się wielką wiedza o tym człowieku.

I już za chwilę, w ramach kolejnego wydarzenia z cyklu nadprzyrodzonych, strzelaliśmy sobie fotki z Mistrzem Allenem, a on z uśmiechem tłumaczył nam, że budowla koncertowa jest jak Latający Imbryk (Flying Teapot). Po tym wydarzeniu na dłużej nic nie mogło przyćmić mojego nie stymulowanego chemicznie odlotu.

Jakoś to Polacy strasznie się chwalą, ze są Polakami. Tak uczyniła joplinowata dziewuszka, która facetowi sprzedającemu koszulki nakrzyczała, ze jest z Polski i musi zrobić wywiad z Allenem. Nota bene ten facet produkował ostatnia płytę koncertowa Gongu, a w ogóle wszyscy ludzie z trasy byli w jakiś sposób mocniej zaangażowani w gongowe sprawy (zaraz usłyszycie jak bardzo).

Tak więc jest już troje Polaków (może i więcej, kto wie) i oni to obstawiają miejsca przed sceną.

Support? Niemiecki. Sam nie wiem co o nim sądzić. Zaczęli transującą psychodelią spod znaku Porcupine Tree, jednak od początku było słychać (i widać), ze bardziej siedzą w latach siedemdziesiątych. Bez instrumentów klawiszowych robili masę dobrej roboty i jak się za chwilę okazało przeszli do blues-rockowych klimatów również. Tak więc mieszanka Pink Floyd z, no powiedzmy, klimatami Led Zeppelin i Rare Bird.

Brzmi nieźle, ale po 30 paru minutach trochę nuży (może za dużo gitarowego zgiełku?).

Koncert supportu się przeciągał, bo jak się wcześniej dowiedzieliśmy, nie przyjechał jeszcze Pierre Moerlen - francuski perkusista Gongu, którego fan Gongu lubić nie powinien.

Zdaje się, ze w końcu panowie zagrali nawet utwór z początku koncertu, by nareszcie na znak zza sceny zejść z tejże.

Było mi trochę głodno, więc w oczekiwaniu na Gong zjadłem sobie pomarańczę (poza cukierkami mój ostatni posiłek który jeszcze miałem).

W końcu zaczęli. Najpierw - dziwna sprawa. Muzyka zamiast z głośników płynęła gdzieś z tyłu. Potem okazało się, że to, bardzo powoli wędrujący, gitarzysta i saksofonista dążą w kierunku sceny.

Gitarzysta "zamiata" drogę Travisowi szemraniem gitarowym (przy pomocy przewieszonego przez ramię pieca na baterie R-20).

Gdy weszli na scenę dołączył Mike Howlett (bas) i perkusista, który okazał się być kolejnym mocno zaangażowanym facetem. On to sprzedał mi przez Internet bilet Gongu, a w trasie miał tylko "managerowac". A że Moerlen nie dotarł... zajął się bębnieniem!

Pojawia się Allen w swojej czarodziejskiej czapce i płaszczu czarnoksiężnika.

Kurcze! Człowiek ten naprawdę wygląda jak czarnoksiężnik. Dla mnie był zawsze idealnym Gandalfem, tysiąc razy lepszym niż widziałem na jakiejkolwiek ilustracji przedstawiającym Gandalfa Szarego - poważnego, groźnego, po prostu nie przyswajalnego przez moją wyobraźnię.

Na białym płótnie za scena z czterech, czy pięciu projektorów płynęły rożne obrazki i animacje. Najwięcej było takich bąbelków, które wciąż zmieniały swoje kształty, kolory i rozmiary. Bardzo ładne. Ale na zdjęciach nie wyszło przez lampę błyskową.

Koncert zaczyna się nie na żarty. Jak to zwykle bywa na koncertach Gongu z ostatnich lat na początek długi wstęp medytacyjno-transowy zwieńczony "OM RIFF", motywem z "Master Buildera". Tylko zamknąć oczy i odpłynąć. Inni radzili sobie w inny sposób niż zamykaniem oczu, ale oni byli słabi. Do Gongu wcale nie trzeba się dopalać. Ja przynajmniej nie musiałem.

Aha. Zdążyła już wyjść Gilli Smyth - space whisper. Rany - ta babka to już babcia. Z wyglądu, zachowania... Kobiety starzeją się gorzej...

Wyobraźcie sobie ogólną uciechę, gdy po chwili nieobecności Gilli pojawia się przebrana, już jako Pussy-Cat z kocimi kokami. Śpiewa:

I am your pussy & you are my trap
I don't want to fuck you
To just hear you rap

Not often lonely
As you see
I'm a cat with a flat cap
Be careful or I might scratch you
Or turn into a witch
And fly away on my broomstick

Na to Allen:

I only want to know you
I only want to lick you
I only want to feed you
Every bit of fish and chips that I can find to feed you
Give it to you

Fajnie to wygląda w wykonaniu ponad 60-letnich duetu.

Dalsza część koncertu to już "tylko" kosmiczne podróże bezkresnymi Olejowymi drogami ("Oily Way"), poprzez zewnętrzne i wewnętrzne świątynie ("Outer Temple", "Inner Temple").

Nie zagrali "Eat That Phonebook" prawdopodobnie dlatego, ze tymczasowy bębniarz by sobie mógł nie poradzić. Popisów tam nie mało, fakt. Szkoda, ze nie mogłem tego usłyszeć :(

Było za to Can't Kill Me. Któż nie kocha tego riffu.

Znów podroż kosmicznymi bezdrożami. Naprawdę zamykanie oczu dużo dawało. Sporo sobie popodróżowałem po tym gongowym kosmosie. Nie była to podroż bezbolesna, bo jak tylko otwierałem oczy to mogłem się zorientować, ze niewielu tu przyszło na Gong. Pierwsza część, bo nie gdzie indziej; druga, bo można sobie fajnie przyjarać, trzecia, to my, Ci którzy chcieli spotkać Gong. Nie było nas zbyt wiele. Choć, gdy Allen pytał "Would You Like some Tea?" sala wrzała. Ale do tego Gongu znać nie trzeba.

Po zamknięciu oczu wszystko powracało do normy. Jeśli można to nazwać normą, rzecz jasna.

Na bis zagrali "Selene" i był to chyba najlepszy bis z możliwych. Na sam koniec taka dawka energii, żeby bezboleśnie wrócić na Ziemie. Żeby nie rymsnąć na nią z impetem a wylądować szybując ze sfer gwieździstych poprzez chmury unosząc się na skoncentrowanej energii, która rozgrzewa zamieniając cię w plazmę, tak, ze wszystko przestaje się liczyć. Jesteś tylko Ty i Gong - coś więcej niż muzyka

"YOU ARE I OR I AM YOU (...)GONG IS ONE AND ONE IS YOU"

Nikt chyba nie spodziewa się, ze myślałem o powrocie do domu. Trzeba było trochę poczekać, a Allen był już koło nas, uśmiechnięty i chętny do rozmowy. Co tu dużo kryć, byłem cały czas oszołomiony, więc za wiele nie pokonwersowalem (teraz jak sobie pomyśle ile mogłem pytać :( ) tak, czy owak dowiedziałem się, ze Gong za rok znów w trasie. Będzie także w Słowenii, na Węgrzech. Zapytany o Polskę powiedział oczywiście, ze bardzo chciałby tu przyjechać i ze jeden z członków któregoś z Gongów pochodzi z Polski i był tam nawet ostatniego lata.

Jeszcze chwila rozmowy i czas zmykać. Każdy w swoja stronę.

Potem już tylko godzina drogi na dworzec, 6 godzin czekania na pociąg i tyle samo na powrót. Pociąg był o 13:50 w Warszawie, z 10-minutowym opóźnieniem. Ja miałem laborkę ze Struktury Stopów na 14:15. Zdążyłem.

To był najlepszy koncert w moim życiu. Przeżyłem duchowa ekstazę. Mimo, ze z oryginalnego składu pozostali tylko Allen, Smyth i Howlett, a na perkusji grał manager trasy, absolutnie mi to nie przeszkadzało.

Allen jest wielki i wcale tego nie pokazuje. WIELKI. 


Powrót na stronę główną